Telefon #1 (22) 621 26 90
Telefon #2 +48 533 318 607
PL EN
Nike

Biegnij Warszawo 2013 czyli głupi ma szczęście – lepiej późno niż wcale

Po długim, naprawdę długim odstępie czasowym przyszedł ten sądny dzień – Biegnij Warszawo 2013 czyli bieg Nike organizowany masowo w kilkunastu krajach na świecie gdzie ostatnio miałem zaszczyt i szczęście biec w Pradze. Ten bieg jest dla mnie wielkim sentymentem, bo od tego się wszystko zaczęło kiedy w 2007roku ten nieśmiały chłopczyk postanowił ruszyć łaskawie cztery litery i zrobić coś innego w swoim życiu (tak jest to ja :D ).

Celem mojego artykułu jest dokonać porównania między polską a czeską edycją. Zacznijmy od tego co znajdziemy w pakiecie startowym. Miłe zaskoczenie w stosunku do zeszłych lat od kiedy mamy spolszczoną nazwę „Biegnij Warszawo”. Pakiet co prawda ma swoją cenę, przez co niektórzy patrzą sceptycznie „ale drogo! Komercha!” <- a ja wam powiem… otwórzcie oczy. Torba (pakiet :D ) zawiera techniczną koszulkę Nike typu challenger (cieńszy dri fit) plasujące się normalnie między 99-109zł na rynku, bardzo dobry jakościowo numer startowy z chipem do pomiaru czasu, knopersy (dla łasuchów), słone przekąski od Sonko, bon rabatowy do Fizjoperfekt na leczenie profilaktyczne, plastry oraz bon rabatowy do sklepu ForPro na 15% – polecam do zakupu kurtki albo butów shieldowych wychodzi naprawdę fajna cena.

Trzeba przyznać, że w stosunku do Czech pakiet jest znacznie większy, jedyne co bardziej mi się podobało za granicą to drukowany numer startowy na koszulce i chip do buta, jest to wygodniejsze rozwiązanie.

Fanty odbierało się w naszym Pałacu Kultury przy Placu Defilad. Duża powierzchnia ze stoiskiem sklepu ForPro, które pokazywało mały smaczek swojego asortymentu i część nowości. Oczywiście po odebraniu wszystkich elementów, obowiązkowo sprawdzajmy czy działa nasz chip do pomiaru czasu, potem napiszę dlaczego.

W ramach Biegnij Warszawo Nike zadbał o biegaczy, aby się nie nudzili. Dla kobiet zostały uruchomione kobiece ścieżki biegowe gdzie pod okiem kwalifikowanych trenerów można było się fajnie przygotować do biegu, a także uruchomione zostało wyzwanie na facebooku „Biegnę #DLAWAW Biegnę #DLAPOL” w którym można było brać udział niezależnie czy jesteśmy ze stolicy czy nie, wspominałem o nim tutaj:

Dzień Ostateczny czyli „Numbers Don’t Lie”

W ubiegłym tygodniu miałem okazję wyjechać w Tatry na szkolenie i bieganie po górach. Były to 2 dni w pigułce, które opiszę w następnym artykule. Dostałem tak pozytywnie w „kość”, że myślałem… BA byłem pewien, że nie dam rady pobiec. Miałem zakwaszone łydki i czworogłowe… ledwo wchodziłem po schodach a przy wstawaniu czułem się jak wrak. Miałem dosłownie 3 dni, żeby rozbić zakwasy, jak się skończyła ta ckliwa historia?? Nic mi się nie chciało!!! Wstałem totalnie rozstrojony, nie wiedziałem czy iść na teren depozytów czy zacząć się rozgrzewać – masakra.

Na szczęście spotkałem przyjaciela Michała, z którym zaczęliśmy wspólną rozgrzewkę po czym udaliśmy się na start gdzie czekało… jedyne 15000 osób heh…

Nasze numery jednak umożliwiły nam start z pierwszej linii, stojąc i słysząc odliczanie od 10 w dół nie dowierzałem, że to już za chwilę, czekałem rok na ten bieg po zeszłorocznej kontuzji… 3..2..1… Poszło!!!!

Tegoroczna trasa była naprawdę fajna, jednocześnie sprzyjała nam pogoda, która była w sam raz na krótki rękawek i spodenki. Tylko my i asfalt nie nic przyjemniejszego. Podbieg w tym roku był przyjemnie rozłożony na Spacerowej (moja ulubiona ulica do stania w korku) stopniowo pod górę. Niektórzy pod koniec wysiadali, ja byłem w transie wyjazd w góry i siła biegowa robiła swoje.

Szybkie i równe tempo trzymałem się jak mogłem, wielkie wrażenie zrobiła na mnie pomarańczowa pętla energii zorganizowana przez ING – pomarańczowy dywan, muzyka i wybuchy dymu (kocham pomarańczowy…) dodawały sił.

Nim się obejrzałem był już 6 km tutaj delikatnie przez chwilę miałem zachwianie emocjonalne ale tak szybko jak je miałem tak się skończyło! Pierwszy raz miałem pozytywne myśli i wreszcie znalazłem taktykę na pokonywanie tras – kiedy się zaczynasz męczyć – zwolnij, wyrównaj oddech i jazda dalej!

Kolejny punkt, który miło zapamiętałem to cheerleaderki z Koźmińskiego, fajnie kiedy się facet uśmiecha i wszystkie dziewczyny zaczynają kibicować „po Koźmińskim już z górki”

Ostatni etap, na który przygotowywałem się psychicznie to zbieg Myśliwiecką w dół znana jako 9km. Większość z was słysząc „zbieg” myśli „w czym problem? Przecież to w dół!” jasne ale po 9km po pierwsze nogi nie są już w takim stanie jakim być powinny i po drugie kiedy się rozpędzamy z górki istnieje ryzyko, że przy wyrównaniu terenu i ostatniej prostej do mety zabraknie nam sił… jak się u mnie skończyło? Oczywiście na spontana z wiatrem szybko, luźno i do przodu! Pierwszy raz czułem przypływ energii i trzymałem się do samego końca! Podobny przypływ energii jak na życiówce Biegnij Warszawo 2011… niesamowite uczucie…

Biegnąc jak wariat oczyma ujrzałem zegar 36:30+… i bum koniec! Zleciało szybciej niż myślałem…

Co do mojego zdrowia? Żadnego chodzenia zygzakiem, żadnych odruchów wymiotnych czułem się jak ryba w wodzie a raczej biegacz w butach :) ! Nareszcie chyba znalazłem złoty środek na bieganie a co do wyniku… no właśnie nie było wyniku… zarejestrowałem aplikacją ale żadnych smsów, żadnego info na datasporcie, co jest?! Uszkodzony numer startowy?! Nie załapało na starcie?!

Przez chwilę zgłupiałem… cieszyłem się, że mam na aplikacji ale to nie to samo… jednak… nawiązując do tytułu Głupi ma szczęście! Dostałem smsa z wynikiem później ale jak to mówią lepiej późno niż wcale :D

Skończyłem z takim wynikiem…
wynik
Uradowany, że wpadła życiówka i to nie taka na jaką się nastawiałem bo zależało mi na 36:59 fruwałem po całej Łazienkowskiej :D Buty spisały się jak zwykle komfortowo – Lunarglide +5 niosą do celu tak jak to być powinno! Muszę przyznać, że bardziej od wyniku jestem zadowolony, że mój organizm się ustabilizował i nie skończyło się ściąganiem z asfaltu i dlatego właśnie Tobie dedykuję tą życiówkę Tato… mam nadzieję, że będziesz dumny tak jak ja na mecie.

Ciężko stwierdzić, która edycja była lepsza czeska czy polska, jednakże każda z nich miała swoje wady jak i zalety. Czesi mieli dopracowane punkty nawadniające, plus za drukowany numer startowy, chip w bucie a la SheRunsTheNight oraz pamiątkowy nadruk czyli spersonalizowaną koszulkę. Polska wersja miała rewelacyjnie uatrakcyjnioną trasę w postaci punktów i niespodzianek na trasie, piękne odmienne w przypadku innych krajów logo oraz bardzo dobrze oznakowaną trasę, widziałem wszystkie flagi z kilometrami!

Jeszcze dużo nauki przede mną, wiem, że trzeba poprawić wytrzymałość dla zapasów energii i nie można spoczywać na laurach. To tylko jeden z kamieni milowych na mojej drodze, bo przecież jak wiadomo „There Is No Finish Line!”.